Hejt w Internecie

Ostatnio, w zasadzie inspirowana ostatnimi wydarzeniami: powstania silnej grupy osób niewierzących w koronawirusa, ludzi sprzeciwiających się „ideologii LGBT” zaczęłam myśleć na temat hejtu w mediach społecznościowych.

Pytanie pierwsze. Dlaczego tak łatwo jest nam kogoś obrażać w Internecie? Dlaczego jako wykształceni ludzi, obywatele rozwiniętego państwa potrafimy oczernić, obrazić ludzi o innych poglądach? Skąd w głowie ta myśl, że można mieć monopol na wiedzę na każdy temat. Dlaczego wierzymy w to co jest napisane w mediach społecznościowych? Dlaczego nam nie wstyd?

Ostatnio moja koleżanka z pracy padła ofiarą hejtu w Internecie. Nie chcę cytować o jakiej treści informacje otrzymała, a było ich tysiące. Choć nie, może w sposób łagodny przytoczę jedną, gdzie dorosły wykształcony facet życzył jej śmierci w męczarniach na raka, jej samej no i jej rodzinie. Nie są to tak zwane „fake konta” to są ludzie którzy żyją pośród nas i mają się dobrze.

Nie wiem skąd w ludziach jest tyle agresji, ale budzi to mój niepokój. Sama zaczęłam się zastanawiać czy z tym walczyć czy po prostu usunąć Facebook i Instagram, bo nic z tego dobrego nie ma tylko frustracja.

Warto przypomnieć wszystkim, że zanim zacznie się obrażać kogoś podpisując się jawnie swoim imieniem i nazwiskiem, niejednokrotnie zdjęciem (często z rodziną i z dziećmi sic!) są na to paragrafy. Można trafić do więzienia, zapłacić grzywnę, mieć wyrok.

Chcę tutaj zaapelować, żeby zacząć się szanować nawzajem- siebie i innych, bo ten świat i nasza Polska zmierzają w złym kierunku.

Coś o weselach w covidzie

Dzisiaj artykuł numer jeden na znanych portalach informacyjnych to nie tragedia w Libanie (o nie!). W naszym kraju to problem poboczny, to daleko, nie znamy tych ludzi. My mamy problemy inne- wesela w covidzie. Powinny się odbywać normalnie czy nie?

Streszczę artykuł w kilku krótkich zdaniach. Wypowiadają się przyszłe Panny Młode organizujące wesela w tym roku o demonizowaniu tych imprez, że dużo osób im odmawia, nikt nie będzie się z nimi cieszył w Ten Dzień i (uwaga!) są zdenerwowane, zmęczone, nie mogą spać, mają problemy żołądkowe, zażywają hydroksyzynę i tylko tak dają radę przetrwać. Jest ciężko.

Ja to rozumiem, że można mieć żal, bo to bardzo ważna uroczystość. Ważna i piękna. Dobrze mieć w tym momencie najbliższych wokół siebie. To wielkie szczęście, którego trudno sobie odmówić, dla części osób jest pragnieniem i marzeniem od dziecka.

Z drugiej jednak strony, na Litość Boską, mamy pandemię, ludzie umierają. Sanepid zgłasza te ogniska weselne. To specyficzne uroczystości, gdzie wszyscy trzymają się blisko siebie, przytulają, tańczą, są w zamkniętych pomieszczeniach. Wszystkie imprezy w tym wesela, uroczystości rodzinne w restauracjach, imprezy klubowe w mojej opinii powinny zostać mocno ograniczone.

Dlaczego na poczytnych portalach i w gazetach martwimy się, że przyszła Panna Młoda nie śpi i boli ją brzuch z nerwów, bo nie będzie miała 100 gości na weselu a nie zastanawiamy się czy może młoda lekarka ze Szpitala Jednoimiennego też ma poszarzałą cerę, bo nie śpi, jest zestresowana, poci się w plastikowym kombinezonie po kilka godzin i boli ją brzuch z nerwów, bo kolejny pacjent ma dużą duszność, a na tę duszność i zapalenie płuc nie ma antybiotyku. Co jest gorsze?

Kolejny dowód na to, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja jestem z teamu- covid istnieje i jest bardzo groźny.

Sierpień-cierpień

Ćwiczę się w pisaniu tekstów. Czy można powiedzieć, że słowo pisane i język polski może być pasją? Może nie tyle w sensie gramatycznym ile czytanie, rozmowa z ludźmi którzy mówią pięknie, słuchanie pięknych podcastów, nowomowa, anegdotki, historyjki.

Kiedyś posądzono mnie o to, że jestem człowiekiem bez pasji- w końcu czytanie książek i pisanie to nie jest pasja. Pasją jest snowboard, pasją są góry, pasją jest triathlon, sporty ekstremalne. Może czas dać sobie pozwolenie na to, żeby w społeczeństwie umysłowe rozrywki też były uznawane za pasję? Jest coś w tym, prawda?

Dla mnie praca ze słowem to fantastyczna sprawa, trochę odskocznia od codzienności. Mój zawód jest zupełnie inny, ale umiejętności sprawnego mówienia, pisanie, giętkiego umysłu i języka bardzo się przydają. To wszystko się ze sobą łączy. Apeluję głęboko o docenienie pasji literackiej!

Trochę jak Seks w wielkim mieście, ale nie do końca i zupełnie po polsku

Cześć, zaczynam to moje pisanie od wspomnienia Seksu w wielkim mieście nie dlatego, że mam ambicje pisarskie, chcę być jak Carrie Bradshaw, jestem totalną feministką… Nie, nie, nie. Wspominam ten serial po pierwsze dlatego, że nadrabiam zaległości serialowe i sięgam po klasyki. Zdziwiłam się jak bardzo odcinki z 1998 i przemyślenia autorki odpowiadają moim refleksjom teraz.

Spotykam się często z moimi przyjaciółkami na pogaduchach, część z nich to singielki, część szczęśliwe mężatki, ale sam ton opowieści i tych babskich spotkań jest bardzo podobny do tych w serialu, mimo że to Kraków, wypowiadamy się chyba grzecznej i te najbardziej żenujące historie kwitujemy głośnym westchnięciem i już wszystko wiadomo. Zacznijmy od początku.

Jest wśród nas czasem dziewczyna która przebiera w facetach, non stop przyprowadza nowego kolegę, oni zwykle siedzą cichutko, uśmiechają się, mało się odzywają a ona jest demonem imprezy. Czasem ktoś z nas do niego zagada, neutralnie, rozmowa zwykle średnio się klei, ale staramy się, żeby kolega poczuł się miło i jak wśród swoich. Ta koleżanka fajna, dobra, samodzielna dziewczyna, ale jeszcze nie znalazła swojego księcia, z żadnym nie pykło. Nawet nie wiem czy szuka księcia, czy po prostu fajnego faceta, miłość życia, ale coś nie chce stanąć na jej drodze. A ona jest tą która probuje.

Jest też taka która umawia się z facetami bardzo rzadko, ale jak już się umawia to angażuję się od początku. Przedwczoraj było drugie spotkanie z facetem, a dzisiaj przy babskim winie to już jest prawie mąż. Może pojedzie z nami na wakacje? Pewnie nie pojedzie, schemat jest znany. Nie mamy serca, żeby jej powiedzieć, że w dzisiejszych czasach źle się od początku angażować. Szczególnie jeśli chodzi o nią, żeby tylko nie złamał jej serduszka. Bo znowu będzie musiała pęknąć butelka prosecco na głowę, co lubi kończyć się źle rano.

Teraz pora na niezależną kobietę, która nie potrzebuje faceta. Ma firmę, dwa mieszkania, świetną pracę, kobieta sukcesu, zabawna, doskonała gospodyni, zna się na wszystkim modzie, urodzie, trendach, kwiatkach, płytkach, betonie, pieczeniu jagodzianek. Jak wchodzi się do niej do mieszkania to trochę jak pomieszanie Joanny Krupy i Nigelli Lawson. „A zrobiłam takie przekąski na szybko do wina, po pracy, a wróciłam 2 godziny temu”. Stół zastawiony cudami, a włosy oczywiście tez ułożone i długie do pasa. No kochamy ją! Ona już nawet chyba czynnie nie szuka. Jest szczęśliwa sama. Codziennie odmawiam małą modlitwę żeby znalazła sobie kogoś kto ją doceni. Jej mama pewnie też wznosi do Nieba takie modlitwy.

Dalej jest wśród nas dziewczyna która zakochuje się platonicznie, a wszystkie jej wielkie miłości nawet nie wiedzą o tym, że są tymi miłościami. Czują się po prostu kolegami. Koleżanka nieustannie sprowadzana do friendzonu. Już sama wyrobiła sobie taki mechanizm bycia przyjaciółką facetów- dobrą słuchaczką, na zawołanie, wypije piwo, doradzi. Jak nam opowiada o takim „tylko koledze” to widać ten blask w oczach, czuć te feromony, powietrze rezonuje od tych latających motylków w brzuchu.

Wszystkie je kocham. Każda z nich zasługuje na osobną historię. To są moje kręgi a historia ich uczuć to tylko mały kawałek tego co mają do opowiedzenia. A wszystkie są wspaniałymi gawędziarzami (gawędziarkami?).

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij